poniedziałek, 26 lutego 2018

Madera- wyspa słońca, tęczy i kwiatów



Połowa stycznia. Na lotnisku w Warszawie żegna nas pochmurne niebo i mroźny wiatr.  A za kilka godzin podziwiamy piękne, zachodzące słońce nad Maderą. W powietrzu czuć wiosnę. Wyspa urzeka nas od pierwszych chwil. A z każdym kolejnym dniem coraz bardziej…


Nasz hotel położony jest na północnym wybrzeżu w urokliwej miejscowości Ponta Delgada. Dookoła piętrzą się majestatyczne skały i szczyty gór, praktycznie wyłaniają się z morza i pną pionowo w górę. Mile zaskakuje nas sieć dróg na północy, nie jest tak źle jak opisywały przewodniki. Owszem można się przejechać wąskimi i krętymi drogami opasającymi skały ale często mają one alternatywę obok- wygodniejszą i szybszą, z tunelem. Tuneli wyrytych w skałach na Maderze jest sporo, podobno ponad 100.



Pogoda jest dynamiczna, zmienia się w zależności od pory dnia i regionu wysypy. Trudno ją przewidzieć, nawet śledząc prognozy, przynajmniej nam :-) Być może miejscowi mają swoje sposoby. Rano chmury, zaraz potem deszcz, za chwilę tęcza a po południu piękne słońce. 





Statystycznie dużo więcej słońca zaznaliśmy w południowej części wyspy, co raczej nie dziwi :-) Plusem północy są cudowne krajobrazy i duże fale, które hipnotyzują swoim szumem i paletą barw – lazur, turkus, szafir… 


Nie tylko pogoda się zmienia. Jednego dnia pokonujemy malowniczą trasę starą drogą z Ponta Delgada do Boaventury. Następnego jest już to niemożliwe. Nocą spadł deszcz, a wraz z nim osunęła się skała i trochę ziemi, wprost na drogę… Podobna przygoda spotyka nas w drodze na płaskowyż Paul da Serra. Najkrótsza droga właśnie została zamknięta, potrzebujemy objechać wyspę i „zaatakować” płaskowyż od południa. Wszystko co stałe na Maderze, to zmiana :-)

Woda w oceanie podobno jest dość ciepła, koło 17 stopni. Być na Maderze i choć na chwilę nie zanurzyć się w oceanie? Byłoby szkoda…Pakujemy stroje kąpielowe i jedziemy do osławionego Porto Moniz. 





Są tu naturalne baseny, które utworzyły się na skale wulkanicznej. Prezentują się pięknie. Jest jednak bardzo wietrznie i tym samym zimno. Nikt z nas nie odważył się na zanurzenie  w wodzie :-). Skończyło się na spacerze, podziwianiu wytworów przyrody i zrobieniu kilku zdjęć - wyszły z nich praktycznie pocztówki. W drodze powrotnej odwiedzamy malowniczą dolinę w okolicy Seixal, podziwiamy gęste lasy laurowe i pierwszy raz widzimy lewadę . Lewady to słynne maderskie kanały nawadniające, jest ich tu sporo. Wzdłuż lewad są ścieżki spacerowe, stanowiące dużą atrakcję dla turystów.


Kolejny dzień zapowiada się pięknie, od rana świeci słońce. Tym razem kierujemy się na wschód wyspy. Dojeżdżamy do Santany. Tutejsze trójkątne domki są wizytówką wyspy. 




Warto tu zajrzeć, choćby na chwilę. Zwłaszcza wielbiciele kwiatów będą mieć z tej wizyty dużo radości. Zresztą cała wyspa zachwyca kwiatami. Nawet zimą. Przy drogach dojrzeć można białe woskowe kwiaty z żółtym pręcikiem- belikrasy. W wielu miejscach rośnie hortensja czy dostojna strelicja królewska, będąca symbolem wyspy. Mnie zachwycił aloes sokotrzanski i jego czerwone, błyszczące się w słońcu kwiaty. Cudnie prezentują się na zdjęciach ;-).


Naszym celem jest półwysep św. Wawrzyńca. Pozbawiony zabudowań, górzysty, dziewiczy i piękny. Wzdłuż półwyspu wytyczona jest niezwykle malownicza ścieżka. W miejscach z ekspozycją droga jest zabezpieczona. Dla osób z lękiem przestrzeni jak ja – bezcenne :-). Momentami wieje straszliwie, jeszcze mocniej niż w Porto Moniz. Na jednym z punktów widokowych robię zdjęcia, wiatr nieomal wyrywa mi telefon z rąk… 




Jak na wielbicieli gór przystało nie mogliśmy odmówić sobie tej atrakcji. Pico Ruivo- najwyższy szczyt Madery (1862 m n.p.m.) i Pico Arieiro (1818 m n.p.m.) są łatwo dostępne. Na Pico Ruivo prowadzi łatwy i wygodny szlak, od północy, rozpoczynający się powyżej Santany. Pod naszymi stopami dywan z chmur, w oddali widać linię brzegową, po drugiej stronie szczyty gór, świeci ostre słońce. 


Na Pico Arieiro można wjechać autem, od południowej strony wyspy. Bardziej wprawni piechurzy mogą przejść z jednego szczytu na drugi ciekawym szlakiem. Przydadzą się tu latarki, momentami ścieżka biegnie ciasnymi tunelami wydrążonymi w skale.


Duże wrażenie zrobiła na nas położona powyżej stolicy wyspy-Funchal -miejscowość Monte. Niegdyś uzdrowisko, dziś atrakcja dla turystów. To stąd można zjechać do Funchal tradycyjnymi , wiklinowymi saniami…. po asfalcie. Sama przecierałam oczy z niedowierzania ... Tutaj znajdują się też piękne ogrody…. Ech gdybyśmy mieli choć trochę więcej czasu. Mogłabym chodzić godzinami w tutejszych alejkach i podziwiać kwiaty…



Do listy zwiedzanych atrakcji warto też dopisać stolicę wyspy Funchal,  słynną dolinę Rabacal z lewadami i urokliwym wodospadem, miniaturę figury Chrystusa z Rio w Cristo Rei czy przeszklony taras widokowy na Cabo Girao- najwyższym klifie Madery (ciekawe wyzwanie dla osób z lękiem wysokości.


Jedno jest pewne- na Maderze każdy znajdzie coś dla siebie. Ja już nie mogę się doczekać kiedy znów tam pojadę. I Wam polecam gorąco odwiedzenie tej portugalskiej wysp

wtorek, 28 listopada 2017

Rusinowa Polana

Czy są jeszcze miejsca w Tatrach, gdzie można posłuchać ciszy, podelektować się pięknem przyrody, pokontemplować widoki ? Tak !!! Jednym z nich jest Rusinowa Polana . Podczas gdy tłumy ciągną nad Morskie Oko, warto swoje kroki skierować właśnie tu.


Nie dość, że krócej i łatwiej to jeszcze przyjemniej i bardziej kameralnie. :-) Wracam tu niezmiennie od wielu lat. Nigdzie nie ma tak dobrych oscypków, tak pięknego widoku na Tatry, takiej przestrzeni i niezmąconej niczym ciszy. No chyba, że mamy długi weekend (wtedy polskie Tatry dobrze jest omijać wielkim łukiem ) albo właśnie tuż obok pasą się owce i hałasują swoimi dzwonkami ;-)


Nazwa Polany pochodzi od nazwiska Rusinów, sołtysów z Gronia, którym została nadana przez Króla Zygmunta III Wazę w 1628 roku. Niegdyś była tu osada pasterska, po której do dziś zachowało się kilka szałasów.



Poniżej polany znajduje się klimatyczne Sanktuarium na Wiktorówkach, zwane inaczej Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr. Sanktuarium powstało w związku z wydarzeniami około roku 1860, kiedy to nastoletnia góralka Marysia Murzańska poszukując zaginionych we mgle owiec zobaczyła "Jaśniejącą Panią". Bywał tu także swego czasu Karol Wojtyła.


Strudzony wędrowiec zostanie uraczony w Sanktuarium aromatyczną herbatą tajemniczej receptury :-) a kazania wygłoszone przez tutejszych księży Dominikanów pobudzą do refleksji i na długo zapadną w pamięć :-) Polecam Wam gorąco wypad na Rusinową...


piątek, 16 czerwca 2017

Płazówka - Witów

Potrzeba nam było kilku ładnych lat by ją odnaleźć. Dookoła Zakopanego odwiedziliśmy już sporo ciekawych miejsc : Murzasichle, Ząb, Gliczarów, Małe Ciche, Bańska Niżna. Później trochę przez przypadek trafiliśmy właśnie tu, do położonej ponad Witowem - Płazówki. Drugiego miejsca z takim klimatem i tak pięknymi widokami nie znajdziecie u podnóża Tatr.


Zimą - bez łańcuchów może być trudno tu dojechać, przynajmniej turystom. Miejscowi, co zaobserwowaliśmy :-), nawet bez uzbrojonych kół- radzą sobie naprawdę świetnie. Lepiej nie próbujcie :-). Jadąc od strony Witowa w kierunku Kir skręcamy w lewo, tuż za mostem na rzece Czarny Dunajec droga dość stromo pnie się w górę osiągając wysokość ponad 900 m. n.p.m.

 

Zimą często jest oblodzona. Mijamy las i naszym oczom ukazuje się urokliwie położona polana, po chwili dojeżdżamy do pierwszych domów. Nie jest ich na terenie Płazówki wiele, sporą część stanowią drewniane zabudowania.


Najbardziej charakterystycznym miejscem na Płazówce jest wybudowana w 1892 roku, w stylu zakopiańskim, drewniana kaplica św. Anny. Pomysłodawcą świątyni był ksiądz prałat Antoni Bystrzonowski, którego wykonawczo wsparli Andrzej Zaborski wraz ze swoim teściem Jakubem Płazą, którego nazwisku przysiólek zawdzięcza swoją nazwę.Twórcą wnętrza świątyni jest z kolei syn Andrzeja- Józef Zaborski. Uwagę zwraca ołtarz- wykonany z pnia dużego świerka.

 

Zbliżając się do Płazówki trudno nie zauważyć pięknych stacji drogi krzyżowej. Oryginalne, kolorowe, namalowane na szkle, towarzyszą nam praktycznie od momentu przekroczenia mostu aż do chwili, kiedy znajdziemy się tuż obok kaplicy.

Kaplicę św. Anny upodobał sobie szczególnie Karol Wojtyła. Będąc księdzem odwiedzał  ją wielokrotnie służbowo oraz prywatnie - podczas turystycznych wędrówek. Także później- helikopter papieski, w czasie wizyt w Polsce, wielokrotnie krążył nad Płazówką.


Płazówkę odkryli także twórcy superprodukcji filmowych. Trudno się dziwić, tutejsze widoki są naprawdę wyjątkowe. Na Płazówce nakręcono sceny do bolywoodzkiej produkcji "Fanaa" oraz do polskiego filmu "Po prostu przyjaźń".


Plan tego drugiego w zasadzie zrodził się w głowach filmowców na naszych oczach :-), kiedy poszukując planu filmowego trafili pewnej kwietniowej soboty do domu, w którym spędzaliśmy weekend. (agroturystyka "Pod Lipami"-polecam ).



wtorek, 13 czerwca 2017

Ticha Dolina - Słowacja



Cisza…słychać tylko śpiew ptaków i szum pobliskiego strumienia.. Ticha Dolina. Czy to możliwe, że w tak uroczym miejscu nie ma nikogo więcej, kto podziwiałby jej piękno?


Nie raz bywaliśmy na Czerwonych Wierchach czy na Kasprowym, skąd widać ją bardzo wyraźnie- zielona, szeroka, tajemniczo rozpostarta pośród szczytów Tatr Zachodnich. Postanowiliśmy wreszcie przyjrzeć jej się z bliska.


Jest bardzo długa, ma 17 km, z czego 12 km stanowi szlak rowerowy, asfaltowy, miejscami bardzo zniszczony, choć jak na dolinę tatrzańską- wyjątkowo komfortowy. Startujemy z dużego parkingu, w pobliżu hotelu Permon tuż obok miejscowości Podbanske. Na początku szeroki asfalt pnie się ku górze, dojeżdżamy do rozwidlenia, tu zaczyna się właściwa Ticha Dolina. 


Od początku nie możemy nadziwić się bogactwu roślinności, zapachów i barw. Otaczają nas różne odcienie zieleni. Po bokach drogi rozpościerają się malownicze łąki usiane kwiatami, które miejscami rosną wręcz na asfalcie. Z krzaków wybiega na spotkanie z nami mała sarna, na widok rowerów robi  w tył zwrot i chowa się między drzewami. Mijamy mostki, woda w Tichym Potoku przybiera niezwykły , lazurowy kolor. Droga pnie się w górę. 


Wprawionemu cykliście nie powinna przysporzyć większych kłopotów, a i mniej doświadczeni sobie poradzą. Różnica wysokości między początkiem a końcem trasy to ok 400m, które równomiernie rozkładają się na wspomnianych 12 km. Rozpościerające się wokół widoki tatrzańskich szczytów wynagrodzą każdy wysiłek. Po ok. 8 km drogi docieramy do polanki z drewnianym domem, w czasie II wojny światowej była tam baza partyzantów, co upamiętnia pobliski pomnik.

Dalsza trasa jest udostępniana turystom tylko w okresie od drugiej połowy czerwca do połowy listopada. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Coraz bliżej drogi widać wiatrołomy- ślady zniszczeń lasu świerkowego podczas wichury w 2004 roku. Zniszczeniom uległo wtedy wiele hektarów okolicznych lasów. 


Paradoksalnie dzięki tej wichurze Ticha Dolina odsłoniła piękne widoki na okoliczne szczyty. Widać ślady po lawinach, w sezonie zimowym schodzi ich tu wiele. Po chwili dojeżdżamy do kolejnego uroczego miejsca - niewielkiego wodospadu na Tichym Potoku. 


Stąd jeszcze tylko ok 2 km do końca trasy. Przed nami Świnica, po lewej Czerwone Wierchy, Kasprowy schował się nieco…Cisza, nie ma nikogo…Niewiarygodne wydaje się, że są takie miejsca, piękne i bezludne. Jeszcze tylko mały pilnik, kilka zdjęć i ruszamy w trasę powrotną. 


W zasadzie bez pedałowania zjeżdżamy w dół, teraz rozumiemy ograniczenie prędkości dla rowerzystów- 20 km/h, asfalt miejscami dziurawy albo wybrzuszony, trzeba uważać. To była cudna wycieczka ! Gorąco polecam !